Na przekór

Autor wiersza: 
Ania

ocieram się o pragnienie dotyk czułe słowa
pamiętasz mój kolor oczu
czasem czuję się jak niemowa
próbując dotrzymać tobie kroku

wiesz ile wylałam łez
uśmiechając się na przekór
czując żal i gniew
szukając ciepła w drugim człowieku

potrafisz mnie zrozumieć
kiedy proszę o odrobinę czułości
może to ja nie umiem
ogarnąć tej cholernej miłości

czuję ją każdą cząstką
jak burzy w żyłach krew
przy tobie nie jestem sobą
serce wariuje tracę dech

odchodząc zabierasz światło
dusza wyrywa się z ciała
wszystkie kolory blakną
czy miłość tego chciała

od początku

Autor wiersza: 
emcek

poza lustrem jestem bardziej bezmyślny
gdy patrzą rozmazuję
próbę uśmiechu ukryte myśli
stanowią wyjątek bywają błękitne

wstaję prawą nogą ocieram się o deszcz
wątpliwości zacierają kontury
sens każdego odruchu

całuję wilgotny zmierzch
przechodzi przez okna dreszczem

światła lamp barwią usta westchnieniem

sen o jesieni

Autor wiersza: 
emcek

*
spojrzałem w dal
stąd wzruszenie
kończy się dzień
zaczyna wspomnienie

*
w nas anioł drzemie
co nieraz pomoże
unieś głowę
gdy noc - samotność
znieść już nas nie może

*
wietrze wietrze
tyś jeden na skargę
uspokajał chłodem
podaruję astry
w jesiennym kolorze

*
rozsypany deszcz
zbieram to wzruszenie
podaj proszę rękę
wypowiedz życzenie

unoszenie

Autor wiersza: 
emcek

mgła ustami pełza
dach ściąga jak tajfun w podróży
przy kolacji para świec
rzuca cień na przyszłość

ufam chwilom gdy stoją w bezruchu
o twarzach wystygłych ciągłą przemianą
znowu jestem młodszy o zimę
co ulepiła ze śniegu oczy

wiatr usłyszał ale zapomniał
w przeciągu prostują kości drzewa
listy czy liście w bursztynie milczą
słowa porzucone na progu

po drodze

Autor wiersza: 
emcek

kłębek kurzu utknąłem w przeciągu
wiatr który bez przekonania
ogląda cienie pod oczami
wybuchy szczęścia ledwie otarte o chwile
przebiegają ulice w niedozwolonym miejscu

w niszczarce tyle czasu
mój nadal ubiera się u Prady
położyłem uszy po sobie
z wiekiem chodzę coraz szybciej
bez namysłu decyduję o losie

nie mogę zapomnieć
prośba wymalowana na podróbkach
obrazów Mony Lisy
jest nieaktualna

kilka razy

Autor wiersza: 
emcek

stawiałem w pierwszych rzędach
chociaż miały blade pojęcie
o rękawiczkach i białej broni

teraz mogę doradzić jak owinąć
elastycznym bandażem zranione uczucia
aby nie prowadziło do odleżyn

donosić niestałość
o którą potyka się jesienny wiatr

obecność relacji zorientowanej na ciszę
otworzyło oczy wielu malkontentom

bez dopingu przejdę o krok bliżej
jak mim co dla publiczności
zważy jakość chwil

nie poddaję się naciskom
aczkolwiek robić swoje to luksus
na który mogą sobie pozwolić
tylko najbiedniejsi

byle gdzie

Autor wiersza: 
emcek

stałem się obcy
gdy wieczór przerwał milczenie
drzewa z porywem wiatru
podeszły pod okna
dzieląc sen na porcje

afekt zmienia stan skupienia
uchodzę z parą aby zaraz zamarznąć
trzymając na próżno słuchawkę telefonu

niepotrzebny na rozstaju
gdzie tylko marzenia
słowa które zastępują bezradność

dołączyłem do taboru
chmury zwijają obóz mijam
ślady ognisk i domy z powietrza

zachodzę

Autor wiersza: 
emcek

chłodniej w domu
gdy uniosę powieki w nocne granie
wrzosy przebiegną pamięć
przyjdzie oddane już w niewolę
westchnienie pożółkłych pól

myśl o mnie
opakowany bez ceregieli w szary papier
wnoszę po ruchomych schodach przyszłość
co już tylko z nazwy nie jest mi znana

dłonie zostawiłem w cieniu brzozy
obejmują bielą ranki
każdą nagą myśl która w rosie
tylko jedną z wielu kropel

nadzieja

Autor wiersza: 
emcek

spotkałem przypadkiem
wybrana pośród tłumu milczała
jakby słowa oddały całą rzeczywistość
pełną pęknięć co zarosły czasem

pomaga się tylko chwilom
zaczerwienioną skórę smaruje kremem
nikt nie ginie od trzasku bicza
krzyku gdy wraca jak echo
zostawia na ustach słony posmak

nie omijam kałuż z lenistwa
wiary w ślepy los
znany miejscowym alergenom
wybieram światło w tunelu
z baterią która wytrzyma najdłużej

smutek

Autor wiersza: 
emcek

wierzę gdy mówisz sen
nie przychodzi pośród deszczu

głaszczesz mrok
który przyzwyczajony do zwątpienia
siada przy skrzypiącym stole

oczy przybierają na wadze
dojrzały błękit poszedł w chmurność

zmieniam miejsce
usłyszeć choćby szelest

w oddaleniu kłócą się cienie
jeden nazwałem Dawidem
ukrył się w starej ranie
obcym marzeniu