Jam człowiek

Jam człowiek
Przebacz mi zacny świecie, że cię nie poznałem,
gdy rubasznie po twoich, dziedzinach stąpałem.
Tyś wokół mnie cierpliwie, obraz swój zachwalał,
mnie poświatą miraży, ludzki blichtr zniewalał.
Wciąż zbaczałem z dróg prostych, pełnych woni chleba,
szukania złotych szlaków, wiodła mnie potrzeba.
Miast ugory przemieniać, w zboża rozmaite,
mrzonki siałem w gleby, głupoty niesyte.
Rzesze mi podobnych, jak bezwolne woły,
wypełniały pałace, okupując stoły.
Z ust do głów puchary, przelewały zwidy.
Cień malował ściany, w ponętne sylfidy.
Dzień z nocą się łączył w najdziksze zabawy

Salwy śmiechu krasiły, najgłupsze postawy.
Gdy rozumy pogasły i zakwitły żądze,
uczty się przeniosły, tam gdzie są pieniądze.
Tańce świec ostygły, wosk powiązał blaski,
Spod stołów wypełzły, zasępione maski.
Słowa zczezły w pleśni, modlitwa wyśmiana
Jak zjawa oplotła, mnie zmurszała ściana.
Gdzie oczu nie zwrócę, mury śliskie wokół,
krzyk mój tłumią wbity, w gęstą czernię mroku.
W końcu się poddałem wilgotnym posadzkom,
tylko palce pełzły, do cegieł w omacku,
nadziei szukające, by chwilach ostatnich,
przed w niebytwstąpieniem, uczuć zaznać bratnich.
Choć niegodzien byłem, cnych doświadczać cudów,
bo żyłem plugawie, pośród ścierw i brudów.
To jednak w tej krótkiej trzeźwości odejścia,
Siły mi nieznane, dozwoliły przejścia,
granicy tak płochej i mocnej zarazem,
której łzą nie przekupić, ni przeciąć żelazem.
I tylko w tej zbawczej, litościwej chwili,
dziwne boskie kaprysy, przejść mi dozwoliły.
Zbudziłem się na drugiej, stronie swojej jażni,
ujrzawszy niezdobyte, szczyty wyobrażni.
Najpierw oczy martwe, porażone blaskiem,
wypełniły mi umysł, eksplozją i trzaskiem,
barw w feriach zgmatwanych, wirem rozmaitem,
jakby czart mieszał w bagnie, nerwowym kopytem.
Z wolna z fal harmonią, uczesanych włosów ,
złożyła się w współgra, obrazów i głosów.
I niczym orkiestry, pod rozumnym panem,
z dźwięków czynią muzyki, sercem napisane,
ulepiłem sił resztką, krystaliczną duszę,
Której moc każe wierzyć, że wszechświat poruszę.

Bo jeśli gdzieś istnieje, majestat spokoju,
i jednym go można ogarnąć spojrzeniem.
To go doświadczyłem po przebytym znoju,
najszczęśliwszym się czując, na ziemi stworzeniem.
Muzyka zgłuszyła harmider i wrzaski,
chaotyczne w dali, znikały niesnaski,
miłosierdzia w pokorze, pozrywały sidła,
w ptaki rajskie zmieniły się mroczne straszydła.
A złych przywar ciężary, których w nas jest tyle,
opuściły mnie wszystkie, wzlatując motylem.
I resztką rozumienia, człowieczych prawideł,
pożegnałem się z życiem, dając mocy skrzydeł,
do lotu w nieznane, co strachem obrosło,
by już jak najprędzej, mnie ku śmierci niosło.